Po co…?

kwiatekPo co jest Miłość?

Po to, aby Kochać…

Po co są ramiona?

Po to, żeby kogoś ukochać…

Po co są wiersze?

Po to, żeby życie na Ziemi było weselsze…

Po co atmosfera domowa?

Żeby nawet zły dzień nie dołował…

Po co są ludzie?

Żeby nie żyć w nudzie…

Po co jest śmiech?

Aby smutku było mniej…

Po co jest życie?

Po to, by przeżyć je znakomicie!

A po co jest Świat?

Żeby się rozwijał jak kwiat…

Tajemnicze przejście…

Całkiem niedawno pewien chłopiec o imieniu Luck i dziewczynka o imieniu Alexis przeprowadzali się. Nie umieli rozmawiać z ludźmi. Alexis miała 14 lat, a Luck miał 10 lat. Dziewczynka lubiła tylko smartphony, tablety i laptopy, a Luck gry na konsole.

Gdy już dojechali na miejsce, zaczęli się powoli rozpakowywać. Mama weszła do pokoju Alexis i krzyknęła:
-Alexis, natychmiast zejdź na dół i pomóż nam się porozpakowywać!!!
-Nie pójdę, wolę siedzieć w bez ruchu sama w pokoju!!!- odpowiedziała Alexis.

Mama wyszła i wrzasnęła:
-Matko!!! Czy ktoś w tym domu mnie choć raz posłucha?!
-A ta znowu zaczyna wpadać w furię – zaśmiała się Alexis.

Alexis wzięła swojego różowego Ipada i weszła na Facebooka. Kiedy dziewczynka opuszczała aplikację, to nacisnęła dziwny przycisk z przekreślonym zegarem. Na tapecie pojawił się wir, więc Alexis włożyła do niego rękę i ją wciągnęło. Znalazła się w grze SIMSY. Wybudowała sobie wcześniej czteropiętrową willę z dwoma wieżyczkami. Więc wsiadła w limuzynę i pojechała do willi. Gdy się w niej znalazła, od razu poczuła się zmęczona po podróży. Weszła do toalety. Chcąc poprawić sobie fryzurę, stanęła w lustrze i się o nie oparła. Nagle stało się coś dziwnego. Lustro gwałtownie się przekręciło i Alexis znalazła się w magicznym miejscu.

op z teodorkiemRosły tam ogromne lizaki, zamiast drzew . Kwiaty były jadalne, a rosnące na łące gigantyczne maki zastępowały domy. Była tam trampolina zrobiona z ogromniastej galarety, na której można było skakać do woli. Można było tam robić różne rzeczy, np. skakać na winoroślach, które były zawieszone na gałęzi gigantycznego lizaka, można było jeszcze skakać po kamieniach wyrastających ze stawu.

Nakręcałeś tam amulety z zawieszonymi na nich zegarkami tyle razy, ile razy chciałeś żyć. Gdy dotarła do rozkwitającego pąka maku, w którym miała mieszkać, wzięła dmuchawiec i zdmuchnęła go prosto na mak; zrobiła tak, aby pąk się otworzył. Liście powoli zaczęły się otwierać, a w środku gigantycznego maku pojawił się miękki puch nazywany tam „Liliopuch”. Ponieważ puch był kolorowym mchem o zapachu lilii, nazwano go właśnie „Liliopuch”.

– Gdzie jest łóżko?!- zapytała Alexis elfa właśnie biegnącego obok jej pąka.
– Jakie znów łóżko? Wszyscy, którzy zjawiają się w „Nibylandii”, ciągle zadają to samo pytanie nam, stale pracującym elfom: „Gdzie jest łóżko?!” – powtórzył już spokojniejszym głosem elf.
– Przepraszam, że tak naskoczyłam na panią, Pani Elf – rzekła Alexis niepewna zdania, które właśnie przed chwilą wypowiedziała.
– Hej, czy ja wyglądam jak baba, ja to facet jestem!!! – krzyknął elfik zawsze mylony przez dzieci z dziewczynką, bo naprawdę miał taki cienki głosik.
-Przepraszam, ale w końcu mi powiesz może, jak masz na imię – zapytała Alexis pierwszy raz zaciekawiona czyimś imieniem.
-Ja…? Mhy, ja się bardzo wstydzę swojego imienia, ale tobie chyba mogę zdradzić. Mam na imię Teodorek – wyszeptał zawstydzony.
– Miło mi poznać pana Teodorka, ja nazywam się Alexis – dziewczynka pierwszy raz zdradziła swoje imię prawie nieznajomemu.
-Teodorku, wracaj do mamusi, musisz mi pomóc w przeprowadzce. Bądź grzeczny i posłuchaj mnie, synusiu!-zawołała nagle mama Teodorka.
-To pa, do zobaczenia jutro, albo i nie- pożegnał się Teodor.
-Pa – szepnęła dziewczynka. Następnego dnia do Alexis zadzwonił telefon.
-Halo,… tak, to ja, zamawiałam pokojówkę,…, ale tak wcześnie…, co?…, no dobrze niech u mnie zamieszka,…, tak. Dziękuję, Do widzenia.
-Co też oni sobie wyobrażają o 6:00 dzwonić do mnie i prosić o wyjście na dwór, aby przywitać pokojówkę i w dodatku krawcową – ziewnęła Alexis. Założyła więc długą suknię balową, która błyszczała się z wszystkich stron. Do niej włożyła beżowe baleriny.

Nagle spojrzała w górę i krzyknęła:
-Aaa, ten pąk się zamknął i gdzie ja teraz…, a tam są – uspokoiła się dziewczynka. Gdy otworzyła drzwi szczęka jej opadła z wrażenia. Było tam 40 schodów w dół i w górę.
„No i jak mam teraz zejść?” – pomyślała Alexis. Nagle w jej oczach, centralnie przed kryształowymi schodami, stanęła karoca z czystego złota. Ponieważ Alexis uwielbiała złoto, zbiegła na dół w mgnieniu oka.
– Dzień Dobry, Panno Berk- Przywitała się grzecznie krawcowa Klonik.
-Dzień Dobry, Alexis Bryk- parsknęła pokojówka Lipinka.
– Przepraszam pani Lipinko, ja jestem Berk, a nie Bryk jak Pańska bryka.-odpowiedziała niezbyt miło Alexis.
-Phi i co za różnica -syknęła pokojówka Lipinka.
-Zapraszam panie do mnie na herbatkę lipową – zaproponowała złośliwie Alexis.
-Ha, ha, ha, pani ma niezłe poczucie humoru, zwłaszcza kiedy trafi pani się ktoś złośliwy – zaśmiała się pani Klonik .
-Ha-Ha-Ha, ale śmieszne uwaga, bo zaraz pod krzesłem znajdzie się ogromna, żółta kałuża – Obraziła się Pani Lipinka i strzeliła focha. Alexis zaprowadziła Panie na górę, po czym zaparzyła herbatkę lipową i podała ją Pani Lipince.
-Przepraszam, Pani Lipinko, może jeszcze cukru lipowego w kostkach; jest bardzo zdrowy i smaczny, smakuje w zupełności jak pani. Pewnie pani siebie smakowała, prawda? – Żartowała Alexis.
– O tak, nawet mam blizny na rękach, proszę zobaczyć, aż krew z nich się leje -odpowiedziała Pokojówka.
-To nie te żarty ze mną, jeśli pani coś nie pasuje, to wynosić się z mojego domu – zdenerwowała się dziewczynka.
-Właśnie się zbieram, do widzenia!!!- krzyknęła na cały dom pokojówka i zatrzasnęła za sobą drzwi.
-No to po herbatce -oświadczyła Alexis.
-Pani Klonik, może zaprowadzę panią do pani pokoju?- zapytała dziewczynka.
-O tak, jestem bardzo zmęczona – ziewnęła pani Klonik. Dziewczynka pokazała pani Klonik miejsce w jej pokoju, gdzie mogła wygodnie się ułożyć i spokojnie zasnąć po męczącej przejażdżce karocą. Pani Klonik uśmiechnęła się do dziewczynki i położyła się spać. Przez okno w domu Alexis można było zobaczyć zachodzące słońce – jak płomienie ognia na tle czystego błękitu. Mimo to dziewczynka wyszła na balkon. Nagle zawiał wiatr i uniósł dziewczynkę na sam czubek pąka.
– O ja cię, to ty Teodorku – ucieszyła się Alexis.
-Tak, a myślałaś, że kto?- spytał Teodorek.
-Nie, nikt. Po prostu cię nie poznałam, ale i tak cię pamiętam!- odpowiedziała stanowczo Alexis.
–A, dlaczego masz na sobie balową suknię?- zapytał Teodorek.
-Ups, zapomniałam się przebrać, poczekasz chwilę prawda?- Zapytała Alexis.
-Tak, tak, ale nie za długo, bo muszę posprzątać i zrobić zakupy – oznajmił elfik.
– Nie martw się, to długo nie potrwa -krzyknęła dziewczynka.
Po minucie Alexis wróciła przebrana w długie dresy i bluzę. Pięknie to wyglądało. Alexis tym razem wspięła się po linie zrobionej z liścia. Potem zapytała Teodorka:
-Gdzie ty w ogóle mieszkasz?
-No, a gdzie? W wydrążonej dziurze. Konkretnie to w dziurze starego dębu, jak chcesz to ci pokaże, choć!-Teodorek krzyknął i pociągnął Alexis za sobą.

Może chcecie, żebym opisała domek rodziny Dąb…?, a więc dobrze: były tam trzy pokoje, a na środku salon i kuchnia w kąciku. W pokoju Teodorka stało drewniane łóżko z „Liliopuchem” i lekko zabrudzoną ściereczką do przykrycia. W pokoju starszego brata było to samo. Lecz w pokoju rodziców stało duże małżeńskie łóżko, duża lampa i dywanik z mchu zwykłego.
-Jak ty tak, możesz mieszkać?- zapytała Alexis.
-Normalnie, tak jak ty- oświadczył Teodor.
Alexis spojrzała na zegarek.
-Już późno, muszę iść – rzekła dziewczynka.
-Tak, masz rację, jest późno – potwierdził Teodor.

Alexis biegła i biegła, aż w końcu dobiegła do środka domu. Weszła na drugie piętro i położyła się spać w swoim dużym pokoju. Gdy się obudziła, zobaczyła panią Klonik będącą na drugim balkonie na dole. Rozmawiała z kimś jednocześnie się bujając na bujanym krześle.

-Halo…, Pani Róża przy telefonie…?, Czy by pani mogła zamieszkać u pani Berk i sprzątać jej dom?…, aha dobrze…, przekażę…, tak oczywiście. Do zobaczenia.
-Alexis!!!- krzyknęła staruszka. Alexis zeszła po schodach i weszła na balkon.
– Mam dla ciebie wiadomość. Dzisiaj o 21:00 przyjedzie pani Róża, zamieszka u ciebie. Ja jestem za stara, żeby ci sprzątać, ale pani Róża z chęcią przyjęła zaproszenie – oznajmiła pani Klonik.

Alexis lekko zdziwiona zaczekała do 21:00. Przyjęła z miłą chęcią panią Różę i zaprosiła na czarną herbatkę i ciasto świeżo wyjęte z piekarnika. Na dworze szalała burza. Jednak było cały czas jasno jak w lecie. Po zjedzeniu ciasta i wypiciu herbatki Alexis zaprowadziła panie do ich pokoi. Sama też weszła po schodach do góry, aby sięgnąć po książkę do czytania. Było cicho, burza ustała.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Alexis zbiegła na dół, nie budząc śpiących na dole pań. Przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Na zewnącz stał Teodor.
-Mój domek się zawalił i tylko ja przeżyłem – zapłakał elfik.
-Chcesz u mnie zamieszkać?- zapytała dziewczynka.
-Tak, dziękuję – uśmiechnął się Teodor.

Alexis zaprowadziła go na górę i pokazała pusty niebiesko- zielony pokój. Wstawiła tam duże łóżko, szafę i stolik nocny z biurkiem.
-Jutro pójdziesz do szkoły na… 9:30. Masz wtedy cztery lekcje – zapisałam cię do klasy 2C.
– Wiedziałaś, że chodzę do drugiej klasy?- zapytał Teodor.
-Tak przypuszczałam, wyglądasz na takiego – odpowiedziała Alexis.
-Musisz ubrać mundurek, masz w szafie – oznajmiła Alexis. Wyjęła z szafy Teodorka piżamę i położyła w łazience na grzejniku. Odkręciła wodę w wannie i kazała Teodorkowi kąpać się w gorącej wodzie wieczorem, a rano o 7:00 brać letni prysznic. Teodor, był z innej rasy elfów i nie posiadał skrzydeł, po prostu unosił się w powietrzu dzięki magicznemu pyłkowi z „Liliopuchu”. Teodor, już wykąpany i przebrany w piżamkę, wskoczył do łóżeczka i przykrył się ciepłą, miłą i miękutką kołderką. Na szafce nocnej stojącej obok łóżka Teodorek zauważył książkę „Teodor i ośmiu przyjaciół”. Teodorek zaciekawiony księgą, wyjął ją z szafeczki. Już miał zacząć czytać, ale do pokoju weszła Alexis.
-Teodorze, jutro wcześnie wstajesz, jest 22:00. Odłóż książkę do biblioteczki i połóż się spać – dziewczynka zwróciła się do elfa . Teodor posłuchał Alexis, wszedł ponownie do łóżka i zasnął.

-Drrrryń – zadzwonił budzik. Teodor zerwał się z łóżka i pobiegł do łazienki, aby wziąć prysznic. Kiedy skończył brać prysznic, ubrał się w mundurek i wysuszył włosy suszarką. Gdy wyszedł z łazienki, wziął z biurka swój plecak z czterema książkami. Zszedł na dół po drugie śniadanie i włożył je do plecaka. Alexis położyła pierwsze śniadanie Teodorka na stole i dołożyła jeszcze herbatki.
-Dobrze się czujesz po przespanej nocy? – zapytała Alexis.
-Tak. Myślę, że dobrze będzie mi się tu mieszkało. Kiedy przyjdę ze szkoły, zaraz odrobię lekcję i wezmę porządny prysznic – zawołał Teodorek.
-Jest za pięć ósma, zacznij się zbierać, karoca przyjedzie za pół godziny! -krzyknęła Alexis. Teodorek zaniósł do kuchni tacę z talerzem i pustą szklanką. Poszedł na górę i umył zęby w swojej łazience. Teodorek zbiegając na dół spuścił swój plecaczek. Na szczęście był ze skóry i tylko lekko się obdarł. Elfik zbiegł na dół i podniósł plecak z podłogi. Zaglądnął do środka, aby sprawdzić – czy książki są w porządku. Były całe; całe, chociaż lekko poobrywane na rogach. Teodor ułożył je w równym rządku i zamknął plecak. Wyszedł z domu mówiąc:
-Alexis! Już wychodzę.
Alexis krzyknęła z góry:
-Tak, dobrze, już idź, bo się jeszcze spóźnisz do szkoły.

Teodor zamknął za sobą drzwi. Szedł kawałek drogi pod jednego lizaka .Karoca tamtędy przejeżdża, a więc jest bliżej do szkoły. Było słychać szum kół i tętent koni. Wiatr niósł ze sobą odgłosy ptaków. Echo leśne roznosiło kroki Teodora do innych wsi i miast w „Nibylandii”. Teodorkowi odgłosy wydawały się głośniejsze. Jakby umiały chodzić. Zza pagórka wyłonił się kawałek karocy Teodorka. Po chwili była tuż przed Teodorkiem. Starszy pan ubrany w czarny garnitur otworzył szerokie, ogromne i niekształtne drzwi. Teodor usiadł na wygodnej kanapie o kolorze beżowym. Położył naprzeciw siebie skórzany plecak i wyciągnął z niego truskawkową wodę. Napił się, a potem poczuł się dziwnie zmęczony; oczy mu się kleiły. Zasnął. Obudził go podskok karocy spowodowany przez kamień. Ziewnął. Za oknem zobaczył skrawek wystającej nowej szkoły. Zobaczył nowych kolegów w myślach. Karoca, skręcając w prawo, bujnęła Teodorem. Teraz ocknął się całkowicie. Być może marzył przez chwilę (jak to mówią) o niebieskich migdałach. W międzyczasie pan kierowca nucił pod nosem znaną w „Nibylandii” piosenkę „Bujaj karoco”. Niezbyt ładnie brzmiała przy takim grubym głosie. Teodor aż zatykał uszy. Na szczęście długo to nie trwało. W końcu karoca zatrzymała się przed samą szkołą. Teodorek wysiadając myślał tylko o zabawie na przerwach. Lecz mógł tylko marzyć. Pierwsza lekcja z matematyki była z niezbyt miłą dyrektorką.

-Dzień Dobry!- krzyknęła dyrektorka.
-Dzień Dobry- odpowiedziały dzieci.
-Dziś tabliczka mnożenia przez dwa! Gotfrydzie, podejdź no tu! Powiedz mi ile to piętnaście razy dwa?!- darła się dyrektorka, wskazując na wysokiego chłopca z pierwszej ławki.
-Trzydzieści, prze pani – Wyjąkał Gotfryd.
-Świetnie! Ale ile to osiemnaście razy dwa?!- niecierpliwa dyrektorka pytała dalej
-Czterdzieści osiem – odpowiedział Gotfryd.
-Nie! Czego was pani Malina uczyła?! Chyba niczego!-wrzasnęła dyrektorka. Przecież to takie banalne! Osiemnaście razy dwa to trzydzieści sześć, pajacu!- przezwała chłopca dyrektorka.

Nagle zadzwonił dzwonek na przerwę. Dzieci wybiegły z klasy.
-Hej nowy!- zawołał Lolek.
-Co znowu?!-zapytał Teodor.
-No! To co robimy? Widzę, że ta szkoła i lekcje chyba się nie spodobały? – zaśmiał się Lolek.
-Ja akurat lubię się uczyć. Mam super mamę i zamierzam dostać niespodziankę na koniec roku – rzekł Teodor.

Nagle zadzwonił dzwonek.
-Teraz polski- oznajmiła Kuleczka Anabeth. Polski jest z miłą nauczycielką Malinką. Pani jest niska, ubiera zawsze długie czarne spodnie, koszulę w kratę, czarną marynarkę i czarne trampki. Lubi się śmiać nawet z najgorszego; pomijam wypadki. Wszyscy ją lubią.
-Dziś, dzieci, alfabet – powiedziała miło pani Malinka. Dzieci zapisywały w zeszycie literka po literce. Pani kazała im się tego nauczyć na za dwa tygodnie. Wypadała wtedy środa. Powtarzali dziesięć razy za panią. Połowę przerwał dzwonek. Dzieci wyjęły chlebaki i wyszły na przerwę. Teodor usiadł na ławce obok sali i jadł kanapkę z pasztetem. Gdy zadzwonił dzwonek, Teodor pospiesznie schował kanapkę do chlebaka. Mieli teraz religię z panią Okrzemek. Była całkiem miła.

Jest wysoka i szczupła. Ubiera zawsze białą bluzkę, różowe spodnie, różowe baleriny i różową marynarkę. Dla Lolka pani Beata Okrzemek jest za wysoka. No, ale to jego sprawa. Dziś rysowali stół wielkanocny. Mieli go narysować, bo były Święta Wielkanocne. Gdy tak kolorowali, pracę przerwał im dzwonek.
W stołówce, całkiem dużej, był dzisiaj kotlet, ziemniaki i surówka, no i jeszcze sok truskawkowy. Wszyscy zjedli ze smakiem; talerze były puste. Dzwonek zadzwonił i stołówka opustoszała.

Teraz Teodor miał W-F z panią Kędziorek. Jest średniego wzrostu i ubiera się jak wuefistka.
-Dziś egzamin z fikołków w przód i tył – powiedziała pani Karolina Kędziorek. Wszyscy zdali na szóstki. W klasie jest czterdzieści osób, więc to trwało całą lekcję. Dzwonek zadzwonił, wszyscy wybiegli z sali. Teodor poszedł do szatni, ubrał buty i wyszedł. Usiadł na ławce, która znajdowała się na samym środku placu przy szkole. Obok niego usiadł Gotfryd.
-Cześć, mam na imię Teodor. Chcesz być moim przyjacielem?- przedstawił się i zapytał Teodorek.
-Tak, bardzo chętnie. Ja jestem Gotfryd – odpowiedział elf z rasy skrzydlatych.

Nagle nadjechała karoca. Obaj wsiedli do niej.
– Gdzie ty mieszkasz?- zapytał Teodor Gotfryda.
– Obok ciebie – zdradził Godfryd. Po tych pytaniach zamilkli. Gdy wysiedli, elfy zaczęły rozmawiać, śmiać się i podskakiwać. Teodor dotarł do swego domu i ze schodów pomachał Gotfrydowi.
-Alexis, już jestem – krzyknął Teodor.
-Dobrze. Jak tam w szkole? -zapytała Alexis.
-Same szóstki i jeden nowy kolega; ma na imię Gotfryd. Mieszka obok nas w młodym pąku-pochwalił się Teodorek.
-To fajnie, że tak jest. No, to teraz idź lekcje odrabiać i weź prysznic, bo jesteś brudny.-zdenerwowała się Alexis. Teodor odrobił lekcję wziął prysznic i położył się na łóżku. Czytał książkę „Teodorek i ośmiu przyjaciół”. Bardzo go zaciekawiła i przeczytał połowę. W pewnym momencie przerwała mu Alexis, wchodzącą do pokoju.
-Odrobiłeś lekcje i wziąłeś prysznic?- zapytała.
-Tak. Alexis, myślisz, że mogę napisać jakieś opowiadanie?-upewniał się elf.
-No, jasne! Możesz spróbować i pokazać nauczycielowi do sprawdzenia. Na pewno ci się uda – dziewczynka szepnęła Teodorowi do ucha.
Elfik zaczął pisać i pisał prawie cały dzień, bo jak zawsze musiał zejść na kolację. Po kolacji Teodor pokazał dziewczynce swoje opowiadanie.
-Fajne, chociaż z błędami na każdej stronie, ale to nieistotne – powiedziała.

Teodor wszedł na górę i zrobił to, co miał robić, czyli się wykąpał.
Mijały lata; Teodor robił to samo. Pisał już ponad dwudzieste opowiadanie.
-Dziś urodziny Teodora – wyszeptała Alexis wchodząc do pokoju pani Róży. Tort był gotowy, a na nim piętnaście świeczek. Stał na drewnianym stole w jadalni.

Pani Róża sięgnęła do komody stojącej przed sofą. Wyciągnęła sztućce z pierwszej szuflady. Porcelanowe talerze stały na stole jeszcze nieułożone.
„Teodor będzie zadowolony” – pomyślała Alexis.

Pani Różyczka zaczęła układać sztućce, talerze i filiżanki. Zobaczył to Teodor zbiegający po schodach do kuchni. Zaprowadziły go tam zapachy ciast i malinowej herbaty. Nagle usłyszał głośne „Sto Lat” no i „Niech Żyje nam”. Uszczęśliwiony Teodor usiadł przy drewnianym stole i zaczął jeść tort.
-Smakuje Ci?- zapytała dziewczyna.
-Tak, ubóstwiam takie torty. Śmietana z truskawkami! PYCHA!- Krzyknął chłopiec trzymając kawałek ciasta w ręce. Pani Róża uśmiechnęła się, bo w końcu to ona robiła ten tort. Alexis po chwili posmutniała – coś ją trapiło.
-Co ci jest?- zapytał Teodor.
-Nie, nic. Idź do szkoły i wracaj szybko, nie grzeb się -skłamała Alexis i jednocześnie rozkazała. Teodor szedł i szedł; szedł dlatego, że karoca zepsuła się po drodze. Nim się obejrzał, był już w szkole. Na korytarzu rozlegał się szum głosów. Dzieci szalały jak wichura, która powiewała w tej chwili na dworze. Nagle w hałasie rozległ się dzwonek, prawie niesłyszalny, ale na tyle głośny, aby ktoś go mógł usłyszeć. Dzieci ustawiły się szybciutko w równym szeregu. Na korytarzu było słychać zbliżające się kroki i pomruki. To była pani dyrektor. Teodor miał z nią matematykę i historię. Po zajęciach, których miał dzisiaj osiem, wrócił biegiem do domu. Wszedł do środka, ale Alexis tam nie było. Pani Róża powiedziała, że zostawiła kartkę na drewnianym stole specjalnie dla niego.

Dziewczynka napisała tam:
Drogi Teodorze!
Jest mi przykro, że musiałam odejść.
Jak Ci mówiłam ,jestem ze świata ludzi i tęsknię za moimi rodzicami!
Udaję się teraz do wielkiego czarodzieja
Nibyniebo, który mi pomoże.
Amulet także mi się zepsuł i mam mało życia.
Do zobaczenia następnym razem, Mój Drogi i Wierny Przyjacielu.
                                                                                                          Twoja Alexis

-Muszę jej pomóc i poszukać jej – pomyślał Teodor.
Teodor przeszedł wiele mil, ale jej nie było. Nagle zobaczył dziewczynę wyłaniającą się z zachodu słońca. To była Alexis.

Gdy już się spotkali, Teodor pobiegł z nią do czarodzieja. Nie było to jednak takie proste. Musieli przejść przez „Otchłań Zagłady” i „Mroczną Puszczę”. Nie myślcie od razu, że to jest w Nibylandii. To było w Krainie Strachu. Mieszkał tam dobry czarodziej, ale jego wrogowie ukradli jego kartkę z zaklęciem pozostawiającym człowieka w mroczności. Zrobili to właśnie z tym czarodziejem i od teraz trzyma go kula ochronna.

Ale powróćmy do tematu. Więc gdy Alexis i Teodor szli przez „Otchłań Zagłady”, musieli użyć broni, ponieważ zaatakował ich wilk pełniący rolę króla. Dalej przeszli spokojnie, choć śledził ich strach. Gdy wyszli z „Otchłani Zagłady”, weszli w czarną łąkę – przeszli ją spokojnie, choć z odrobiną dreszczyku.

Gdy weszli w „Mroczną Puszczę”, mieli się na baczności. Nic ich na szczęście nie zaatakowało, więc szli spokojnie, nie myśląc o strachu. Wyszli i napotkali przed sobą chatkę czarodzieja. Zapukali grzecznie.
-Proszę, wejdźcie – wymamrotał staruszek. Alexis i Teodor weszli.
-Moja koleżanka chciałaby wrócić do domu, jest ze świata ludzi i jest bardzo dobra.-oświadczył Teodor.
-Do świata ludzi? Dawno jeszcze nigdy nie słyszałem, by człowiek chciał wrócić do domu dzięki czarom. Ale chyba wiem, jak ci pomóc – powiedział staruszek.
-Jeden, dwa trzy i… o nie, brakuje jeszcze jednego składnika – będę musiał was wysłać do czarodziejskiego ogrodu. Leży pół mili na wschód.

Alexis i Teodor poszli po owoc Cziczi. Gdy byli na miejscu, zerwali cały zapas, aby starczyło na kilka lat. Wracając, napotkali sarenkę i nakarmili ją trawką. Szli jeszcze pół godziny i cały czas napotykali zwierzęta. W końcu dotarli do chatki czarodzieja. Czarodziej był bardzo wdzięczny.
-Jeden, dwa, trzy i cztery. Maczu, Cila, Ostra i Cziczi – Zaśmiał się zadowolony czarodziej. Wrzucił wszystkie te składniki do gara i wypowiedział zaklęcie:

Weź dwoje dzieci do chatki na wzgórzu.
Do Nibylandii weź je.
Jedno z dzieci zostaw w Nibylandii tu, a drugie nie.
Zanieś do świata ludzi tam, gdzie miejsce jego jest.

Zaklęcie się udało. Za oknem było jasno, a nie mroczno jak w tamtej krainie.
Zjedli śniadanie, bo po zaklęciu zrobili się głodni. Jeszcze się pobawili, poszli do sklepu na lody, do parku na grę w piłkę i na stadion na mecz. Później wrócili do domu. Chwilę później Alexis zaczęła się unosić w powietrzu. Leciała ku wyjściu, cały czas patrząc na Teodora, który machał jej z balkonu.

-Alexis, Alexis, wstawaj – jedziemy do sklepu – powiedziała mama, budząc Alexis. Dziewczynka obudziła się i trzymała w ręce swój Ipad. Wyjrzała przez okno. Za oknem świeciło poranne słońce. Była w swoim pokoju.
„To był sen”- pomyślała.

Dziewczynka zbiegła na dół i pojechała do sklepu. Co noc powracała do Nibylandii i do swojego Teodora, za którym tak bardzo tęskniła…

Jak uwierzyłam w potwory


Czy kiedyś wierzyliście w potwory, a teraz nie? Udowodnię wam do czego moja wyobraźnia może dojść.

Mam na imię Lola prowadzę swój własny sekretnik i najczęściej maluję potwory. Niektóre z nich są tylko moją wyobraźnią, ale inne już nie. Wiecie dlaczego? Bo to czasami mi przypomina moją rodzinkę. Na przykład taki dwumetrowy stwór to mój tata, bo on jest wysoki. Czasami, gdy gniewam się na moją siostrę bliźniaczkę, maluję ją jako potwora z ogromną paszczą, ponieważ się drze!!! Opowiem wam całą historię jak do tego doszło, że wierzę w potwory. Obudziłam się wczesnym rankiem, a obudziło mnie słońce docierające z okna. Budzik nie dzwonił. -Zatrzymał się czas- pomyślałam. Jednak zegar chodził normalnie. Szybko się ubrałam i zeszłam na dół.

– Mamo- wykrzyknęłam.
– Tak córeczko- mama pogłaskała mnie po głowie.
– Gdzie Ola?- zapytałam. Mama miała tylko dwie córeczki, czyli mnie i moją siostrę bliźniaczkę, ostatnie dziecko było w drodze.
– Oleńka miała dziś dodatkowe zajęcia z malowania.
– Dobrze, ale kiedy się zaczną moje zajęcia.
– Za niecałą godzinę- odpowiedziała miłym tonem mama. W tym roku kończę 16 lat. Musicie wiedzieć, że chociaż byłyśmy bliźniaczkami, to jednak w charakterze byłyśmy inne. Ja lubiłam siatkówkę, a Ola wolała rysowanie.

Dziś w prezencie od mamy dostałam moje ulubione kanapki z czekoladą. Spakowałam je do plecaka i poszłam na przystanek. Wtedy jechałam autobusem. Opiszę wam szkołę. Na korytarzach są morskie i fioletowe, metalowe szafki. Naprzeciw wejścia stoją ogromne drzwi do stołówki, oraz bufetu. Łazienki są dosyć duże i można je znaleźć dzięki znakom wskazującym toaletę. Nagle autobus gwałtownie zahamował, nawet nie wiadomo dlaczego. Jak zawsze pech mnie nie ominął, autobus zatrzymał się 2km od szkoły, i musiałam iść na pieszo. Gdy tak sobie szłam, usłyszałam, że coś się rusza, więc pobiegłam to sprawdzić i hop… wpadłam do dziury. Leciałam w dół chyba z dobre 5 min, na szczęście nie mam tendencji do mdlenia . Jak już znalazłam się na dole, byłam cała obolała, a na dodatek było mi strasznie zimno.

„Musi być stąd jakieś wyjście”- pomyślałam. Zobaczyłam jakiś tunel i weszłam do środka. Wtedy doznałam największego szczęścia jakiego kiedykolwiek doznałam. Wyjście było tuż przy szkole, w małym lesie. Wygramoliłam się z dziury i pobiegłam do szkoły. Pierwsza lekcja była z panią dyrektor.

Pani dyrektor uwielbiała się wydzierać i zwracać uwagę bez powodu. Ale dziś na lekcji było w miarę spokojnie. Ostatnia lekcja strasznie się dłużyła, ale w końcu się skończyła. Wszyscy wybiegli z klasy. Ja podeszłam do swojej szafki, otworzyłam ją i włożyłam tam książki. Potem zamknęłam szafkę i poszłam do szatni ubrać buty. Nie chciało mi się czekać na autobus więc poszłam na pieszo. Ciągle zastanawiałam się co słyszałam dziś w lesie. Postanowiłam to sprawdzić, ale po odrobieniu lekcji i po zjedzeniu kolacji. Po za tym musiałam się uczyć do egzaminu i pójdę raczej późnym wieczorem.

-Hej, kochanie- powiedziała mama.
-Cześć- odpowiedziałam z uśmiechem.
– Jak minął dzień w szkole?- zapytała mama.
-Było całkiem ok-odpowiedziałam.
-A gdzie Ola?
-Na górze skarbie, odrabia lekcje- powiedziała mama

Weszłam na górę i poszłam do swojego pokoju odrabiać lekcje.
-Hej, Lola- powiedziała Ola.
– Hej, trochę później pogadamy, bo muszę się uczyć- oznajmiłam
-Ok- powiedziała Ola.

Odrabiałam lekcje dosyć długo, a do tego uczenie też zajęło mi sporą część czasu. Ale nie zmieniło to faktu, że chcę sprawdzić co to tak hałasowało. Zgodnie z umową poszłam porozmawiać z Olą Po rozmowie z Olą zaczęłam się powoli zbierać.

-Ola, Lola, kolacja- zawołała mama.
-Już idziemy- powiedziałyśmy

Kolacja była pyszna.
-Mamo idę na spacer- powiedziałam.
-Tak późno, ale dobrze idź- zgodziła się mama.

I poszłam, ale tym razem zamierzałam wejść od tyłu. Weszłam do lasku i odnalazłam to miejsce gdzie znajdowała się dziura. Niestety dziury tam nie było. Jednak po chwili zaczęłam słyszeć te same głosy co wtedy. Poszłam w ich stronę . I znalazłam! Zza krzaków było widać fioletowe futro jakiegoś potwora, to on tak hałasował. Podeszłam bliżej i ujrzałam jego twarz. Była delikatnie złocista i mocno spocona. Leciały z jego dużych oczu łzy, a w łapie miał wbity kolec. Podeszłam jeszcze bliżej, chociaż, że potwornie się bałam, to moja miłość do zwierząt była tak chora, że instynkt kazał mi go uratować.

– Ojej, biedactwo, zaraz ci to wyciągnę.jak uwierzylam w potwory

Nawet nie mogłam myśleć, kto tak niesprawiedliwie skrzywdził potworka wbijając mu kolec w łapkę

Złapałam za kolec i pewnym szarpnięciem wyciągnęłam kolec. Potwór przestał hałasować i podziękował za to, że go uratowałam. W zamian za ten dobry uczynek potwór obiecał mi, że pomoże mi się uczyć do sprawdzianu.
-Ale moja mama cię nie wpuści do domu- powiedziałam.
A potwór powiedział, że ma magiczną moc i może stać się nie widzialny. Wtedy pobiegłam do domu krzycząc do niego, że się zgadzam. Weszłam do domu z uśmiechem na twarzy.

-I jak spacer się udał?-zapytała mama.
Ja tylko szerzej się uśmiechnęłam i poszłam na górę. Wzięłam ciepły prysznic ubrałam się w piżamę i poszłam spać. Następnego dnia mięliśmy wolne przed egzaminem i przyszedł do mnie potwór przez okno. Stał się niewidzialny dla wszystkich tylko nie dla mnie. Pomógł mi się uczyć i dzięki niemu dostałam szóstkę z egzaminu. Po egzaminie wracając do domu zaszłam do potworka z małym prezentem.

-Proszę to dla ciebie- powiedziałam wręczając mu ciastko.
-Już pewnie nigdy się nie zobaczymy, więc to na pożegnanie-dokończyłam.
Potwór podziękował i postanowiłam, że na pożegnanie dam mu chociaż imię.
-Może nazwę cię Kiko?-zapytałam.

Potwór pokiwał głową i się do mnie wtulił. I do dziś nie zapomnę tego uścisku. Kiedy byłam troszkę starsza udało mi się zobaczyć Kiko, ale tylko kilka razy. Nie mogłam już częściej się widywać z nim, bo i tak kiedyś ktoś kiedyś dowiedziałby się o naszej przyjaźni. Teraz, choć jestem już stara ciągle pamiętam tamte czasy. I być może Kiko już nie żyje, ale ciągle wierzę, że choć jeszcze raz go ujrzę.

Wojna i przyjaźń

scan0007Było to tak…

Pewnego dnia na świat przyszła mała dziewczynka, a dokładnie królewna. Królowa nazwała ją Sofi. Gdy dziewczynka skończyła 3 miesiące królewska para wraz z dziewczynką wyjechali. Ale… dwoje zmarli pod czas podróży, i nikt nie wie dla czego. Służąca słysząc płacz dziecka w karecie kazała ją zatrzymać. Otworzyła drzwi, zobaczyła martwych rodziców księżniczki. Potem nie wiadomo co się stało, ale było wiadomo, że księżniczka trafiła do pani Caren, która była w 1 tygodniu ciąży. I tak księżniczka stała się zwykłą dziewczyną. Rosła tak, i rosła. I dziś kończyła 15 lat. Nie wyglądała na tyle, jednak na swój wiek była bardzo rosła. Chodziła do wspaniałej szkoły gdzie zdobywała stopnie całkiem wysokie.

Dziś rano obudziła się w wygodnym i nowiutkim łóżku z pachnącą lawendą pościelą. Prezentem na urodziny był pokój. Miała w nim porcelanową zastawę, kilka swoich malunków, małą, porcelanową doniczkę pachnącą liliami i czarnym bzem. Ściany pokryte były delikatnie mieniącą się farbą w kolorze białym. Pokój był zachwycający. Jednak to nie koniec niespodzianek dla Sofi. Rano na szafce nocnej stała taca z kakao, jeszcze było ciepłe i słodkie w smaku. Po wypiciu jednej filiżanki kakao zaczęła się robić senna. Położyła się do łóżka i zasnęła. Nagle przetarła oczy i zamarła ze zdumienia. Obudziła się na łące pełnej pachnących kwiatów. spadajace lozkoNa polanie stały łóżka pokryte pierzastymi kołdrami i poduszkami. Łóżka te nie byłe na pewno tak wygodne jak łóżko Sofi, bo były z metalu. Nagle schowała się za krzakiem. Wychyliła delikatnie głowę i ujrzała jednego z potworków. Był on stworzony z piorunów, które dodawały mu energii. Nagle obrócił się, Sofi szybko schyliła głowę i po chwili znów wychyliła ,ale już go nie było. Sofi obróciła się i… zobaczyła tego samego stwora co wtedy.

-Cześć, nazywam się Clod, jestem dobry, z drużyny „Klee”- powiedział, lekko metalicznym głosem.
– Hej, ja jestem Sofi, ale nie jestem stąd, i nie wiem do jakiej drużyny należę- zdenerwowała się Sofi.scan0009
-Może będziesz mogła należeć do nas, ale to on zdecyduje- powiedział Clod. Po chwili wziął Sofi na ręce i zaczął z nią uciekać.
– Jaki on…!?, a w ogóle puszczaj mnie, odczep się nooo!!!- krzyczała Sofi. Dziewczyna wyrywała się, jednak na próżno.
-Już jesteśmy- szepnął Clod. Clod był strasznie wysoki i umięśniony, był stworzony z piorunów i jeśli nie chciał kogoś poparzyć, to nie parzył.

Bursztynowe drzwi otworzyły się przed Clodem, w dużej Sali tronowej znajdowały się najprzeróżniejsze rzeczy ze złota, miedzi i metalu. Na tronie siedział władca dobrej drużyny „Klee”- Forest. Leśny stwór, władca ziemi i drużyny. Był z drewna, porośniętego liśćmi, na dodatek był najwyższy ze wszystkich członków drużyny, a było ich dość sporo.

-Proszę! Panie, oto dziewczyna- skłonił się Clod.
– Tak, to ona- odpowiedział Forest.
-Poszukujemy nowego członka drużyny „Klee”, ponieważ jeden z naszych członków zginął na misji, co daję dużą przewagę złej drużynie „Eagle” – tłumaczył Sofi Forest.
-Kogoś o płci żeńskiej, bo „Eagle” nigdy nie walczyła z kobietą i nie wie jak do tego się zabrać- wtrącił Clod.
– Więc, jaką chcesz mieć magię?- zapytał Forest.scan0012
-Chcę być piorunowa, ponieważ pierwszego stwora, którego poznałam to Clod, a poza tym kocham pioruny, są takie świetliste i…, przynajmniej dla mnie magiczne- zdecydowała bez namysłu Sofi.
– No więc, dziś idziesz na zbiórkę o 26:98, a tu masz klucze do swojego pokoju, nr. 1 095 678, piętro nr. 890, masz tu dysk na którym będziesz latała na swoje piętro, ponieważ tu nie ma schodów, ani wind- tłumaczył Clod, oprowadzając Sofi po pałacu.
-No dobra, ale mam tylko jedno pytanie. W naszym świecie nie istnieje taka godzina ja 26:98, i dalej, a u was czemu tak jest?- zapytała
-Sama już sobie odpowiedziałaś, bo to jest nasz świat, a nie wasz Sofi- uśmiechnął się.

Sofi odwzajemniła uśmiech i poleciała w górę na dysku, lekko się chwiejąc. Dotarła do pokoju. Miała metalowe łóżko z mięciutkim materacem i pierzastą pościelą. W łazience stała kabina prysznicowa zrobiona z piorunów, lustro i jeszcze kilka rzeczy, które normalnie znajdują się w każdej toalecie. Przejrzała się w lustrze, gdy nagle zmieniła się w piękną, piorunową dziewczynę. Miała odrzutowe buty kilka piorunów wokół siebie i miecz stworzony z pioruna, prawie taki sam jak miał Clod.

Nagle wybiła 26:98 Sofi szybko wyleciała przez okno na swoich odrzutowych butach. Przyleciała w samą porę. Stanęła na końcu i się wyprostowała.

scan0005

-Jutro, zaczynamy bitwę z drużyną „ Eagle”, mamy nowa zawodniczkę Sofi, stoi na końcu. Trzeba się przygotować. Kto by zechciał przedstawić Sofi naszą całą drużynę?- zapytał Forest
– Ja- powiedział Clod.
-No więc: Plączowy- Daren, Wodny- Wather, Ziemny- Grass, Gwiezdny- Star, Ja- Clod, Lawowy- Lav, Powietrzny- Scott. A zła drużyna to: Czarna magia- Cross, Kryształowy- Gee, Kamienny- Billy- opowiedział Clod.
-Ci trzej są tak potężni, że nie potrzebują większej armii- oznajmił Forest.
-No to Dobranoc, a i Sofi stoi pomiędzy Grass, a Star- powiedział dowódca.

Sofi położyła się spać, gdy następnego ranka obudził ją głos gongu, który wydawał okropnie głośny dźwięk. Zerwała się z łóżka, poszła obmyć twarz chłodną wodą, trochę się doładowała dzięki specjalnym urządzeniu, które wywołało spięcie. Założyła szybko swoje buty odrzutowe, które wcześniej również doładowała. Otworzyła drzwi, wyszła, zakluczyła je, po czym przewiesiła kluczyk na szyi. Zleciała na dół i stawiła się przed Forest w szeregu.

-Macie walczyć do końca, dziś jest ten dzień kiedy ich wykończymy i zdobędziemy ich ziemie- oznajmił Forest.

Sofi od razu zrzedła mina, na myśl o tym, że ma wykończyć stwory, których jeszcze nie poznała, ani nie zobaczyła. Pomyślała również, że mogła by nawet się zaprzyjaźnić z tymi stworami, gdyby nie były takie złe, jak o nich mówią. Nagle armia ruszyła w stronę wrzosowisk. Mieli walczyć przy „Kryształowym stawie”. Był strasznie głęboki, ale tylko dla niektórych, bo na przykład, gdyby miał tam się zanurzyć Forest, bądź Clod to woda sięgała by im tylko do pasa, ale gdyby weszła tam Sofi to woda pochłonęła ją całą. Gdy dotarli na wrzosowiska rozstawili się na swoje miejsca. Sofi stała w ostatnim rzędzie po między Grass, a Star. Nagle rozpętała się burza i błyskały pioruny, które oświetlały niebo.

-Do atakuuuuuuuuuuuu!!!!- krzyknąłscan0010

Forest wszyscy ruszyli. Sofi jak się okazało walczyła chyba najlepiej ze wszystkich, ale nikogo nie zabiła. Wszyscy wiedzieli co mają robić, a Sofi tylko wzniosła się w górę i zaczęła błyskać błyskawicami. Przystała jeszcze chwilę w górze i patrzyła jak toczy się bitwa z lotu ptaka. Żal jej było niektórych, iż wiedziała, że ktoś z nich zginie. Powoli opadła na ziemię i znów zaczęła walczyć, ale to było silniejsze. Jej sprawiedliwość i dobroć w sercu sprawiały, że nie mogła dłużej walczyć, bo sprawiłaby, że walczyłaby sama ze sobą. Nagle usłyszała jęki i krzyki. Szybko podbiegła do miejsca zdarzenia.

-Co tu się dzieje?-zapytała. Scott leżał nieprzytomny na ziemi.
-Chciałem tej paskudzie Cross, wbić miecz w brzuch, ale zrobiło się takie zamieszanie, że miecz wypadł mi z ręki i skaleczył Scotta- oznajmił Lav.
-Skaleczyłeś? Przecież on tu umiera! Nie wiem, czy da go się uratować, spróbuję- zdenerwowała się Sofi.

Wyciągnęła z kieszeni mały wacik, który polała jakąś miksturą. Przyłożyła do rany, ale nic. Scott tylko zamknął oczy i umarł. Wtedy ze Scotta (z miejsca rany) zaczęły błyskać delikatne błyskawice, które uśmierciły Billy. I tak oby dwaj zginęli bez sensu. Zła drużyna, jeszcze przed śmiercią próbowała pomóc Billiemu, ale tak samo jak ze Scottem, nic się nie udało, również zamknął oczy

scan0006Sofi podniosła się i stanęła po środku, a wszyscy pozostali ustawili się w krąg.
-Dosyć tej walki! Widzicie, nawet przez przypadek Scott wraz z Billym zginęli! Zupełnie nie potrzebnie, bo gdyby do tej walki nie doszło to by nadal żyli. Czy nie łatwiej by wam było się pogodzić i żyć w spokoju? Moglibyście wtedy połączyć ziemię i pomagać wspólnie ludziom. Jeśli zdecydujecie podjąć taką decyzję, to będę z was dumna i szczęśliwa- krzyknęła Sofi. Oni tylko zaś wymienili porozumiewawcze spojrzenia i pokiwali głowami.

– Czy Drużyny chcą się połączyć?- zapytała. Jeszcze raz na siebie spojrzeli.
– Tak!- krzyknęli chórem. Sofi, a potem także reszta zaczęli się cieszyć.
Wszyscy podnieśli Sofi w górę i ją podrzucali. Chmury się rozeszły, a na ich miejsce przybyło słońce. Wszyscy pobiegli świętować do pałacu. Ale Sofi była bardzo smutna. Chciała wrócić do domu.

-Co się stało?- zapytał Clod
-Chcę wrócić do domu.
-Nie martw się, już wiem kto to załatwi. Sofi i Clod poszli do pewnej kamieniczki gdzie mieszkał czarodziej. Clod coś mu szeptał i ciągle spoglądał na Sofi.
-Chce wrócić do domu? Ja już mam na to zaklęcie- oznajmił czarodziej.

Wypowiedział kilka słów i machnął różdżką. Sofi nagle zniknęła.
-Sofi, Sofi, wstawaj no- budziła ją siostra. Sofi przeciągnęła się i wstała.
– Cześć mamo, miałam jakiś dziwny sen, wiesz?- powiedziała zaspanym głosem Sofi.

Jednak ona wiedziała, ze to nie był sen, tylko rzeczywistość, której jej mama nie wiedziała, bo spała. Naj widoczniej wszystko to działo się przez całą noc. Sofi wzięła swój mundurek i poszła do toalety się przebrać, a po pięciu minutach wyszła.scan0003

-Co tak szybko?- zapytała mama
-Już dawniej się tak szybko ubierałam- wyjaśniła.

Nie chciała zdradzać, że wyćwiczyła to przed bitwą. Szybko pobiegła do pokoju i na szybko zapisała wszystko w pamiętniczku. Spakowała go do plecaka i wybiegła z pokoju. Ubrała buty i ruszyła do szkoły, nie zapominając o najfajniejszej przygodzie życia.

Morskie Fale

oceanGdy obudziłam się na klifie ujrzałam miejsce, gdzie mogłabym wyrzucić wszystkie zmartwienia do lekkich jak powietrze fal. Turkusowy kolor oceanu miesza się z granatowym odcieniem niczym zupa w wielkim garze. Strome klify chowają głowy pod delikatną falą. Drewniana łódka marzeń spokojnie przepływa, zostawiając za sobą puszystą pianę morską. Białe jak śnieg ptaki, ochoczo nurkują w połyskującej tafli wody, wyławiając srebrne okonie. Poszarpane chmury układają się piękne kształty. Słońca nie ma, bo niebo świeci złotym i jaskrawym światłem.

Złodziejka Czasu

Opowiem wam historię o pewnej złodziejce, ale ta złodziejka była inna niż inne złodziejki. Umiała ukraść czas. Mieszkała w niewielkim domu, który miał tylko parter i cztery pokoje.

– Mamo! – krzyknęła z pokoju Lilly. Nie wierzy w Boga i choruje na raka. Ma 13 lat. Jej pokój jest dość ładny w porównaniu do swojej starszej siostry Angel(czytaj Anżel). Angel ma 17 lat i jest całkiem zdrowa, pomijając jej przeziębienie. Ma rude włosy sięgające do ud, są lekko pofalowane, przypominam nie kręcone lecz falowane włosy. Za to Lilly ma czarne włosy, tak gdzieś do bioder, jest blada i ma przekrwione oczy. Nie wygląda zbyt ładnie.

– Tak Lilly?- zapytała mama.
– Idę na dwór- postanowiła Lilly.
– Nie możesz, masz raka i pozarażasz ludzi – śmiała się Angel. Siostra Lilly jest dość głupia, bo nie wie, że rakiem nie da się zarazić ludzi i myśli, że wtedy trzeba tylko leżeć w łóżku.
-Wstydziłabyś się tak mówić- krzyknęła mama.
– Możesz wyjść na dwór córeczko – zezwoliła mama.

Dziewczynka szybko się ubrała i pobiegła na ulicę. Dziewczynka zaczęła robić dziwne rzeczy. Patrzała na człowieka, którego chciała okraść i okradała go wtedy z czasu. Po tym wszystkim ludzie umierali podczas maszerowania i spacerowania. Lilly tak robiła, bo strasznie bała się umrzeć. Nie bała się patrzeć na ludzi, którzy cierpią, bo leżą na ulicach i szczury zjadają im nogi, co gorsze cieszyła się z ich cierpienia. Gdyby ktoś z was zapytałby się mnie, po co ja w ogóle o czymś takim okropnym piszę, to wtedy powiedziałabym, że to piszę dla was, żebyście sobie uświadomili, że życie jest po to żeby się nim cieszyć i nie zapominać, że ono ma swój początek i koniec. Koniec tak naprawdę jest początkiem do życia w wieczności, jest kluczem do Boga i kluczem do Nieba. Niektórzy z was w to nie wierzą tak jak Lilly, ale to nie znaczy, że jesteście gorsi, głupsi czy brzydcy. Jesteście tacy sami jak inni. Jedni dobrzy, a drudzy źli, ale jesteśmy i tak tacy sami bez względu na to kim jesteśmy.

– Nie trzeba było tego robić- odezwał się głos zza Lilly. To był Luk, przyjaciel Lilly.
– I tak ci to nic nie da, bo nie długo umrzesz- powiedział chłopiec.
– Co ty o tym wiesz?- zapytała Lilly.
– To, że twoja mama wie, że to ty jesteś złodziejką, i że Bóg ją nawiedził, i powiedział, że i tak zginiesz, czy tego chcesz, czy nie.
– Bóg. To gdzie on jest kiedy ja go potrzebuję, gdzie jest kiedy coś chce, nigdy go niema- płakała Lilly.
-Czemu to ja muszę umrzeć, a nie ci ludzie, czemu?- krzyczała.
– Bo Bóg cię do siebie wzywa- pocieszał ją Luk.
– On daję ci czas, masz trzy dni żeby w niego uwierzyć- wyszeptał chłopiec.
– Nie zrobię tego, nie zrobię tego i koniec- protestowała Lilly.
– Lepiej będzie jak już pójdziesz- powiedział Lilly.
– No spadaj!- krzyczała dziewczyna.
– Dobra, już idę, ale się zastanów, tam gdzie on, nie ma bólu, nie ma cierpienia, zastanów się- krzyknął Luk.
– Nie ma o czym gadać, wynoś się!- darła gardło.

Dziewczynka wróciła do domu.
– Cześć córeczko, po…- przywitała się mama.
– Zamknij się!- mówiła Lilly
Mama złapała dziewczynkę za rękę.
– Zostaw mnie, no puszczaj- płakała.
– Mamo daj sobie z nią spokój- mówiła Angel.
– Może masz rację, najwidoczniej boi się śmierci- odpuściła mama.

Kilka godzin później mama weszła do pokoju dziewczynki, weszła tam razem z Angel.
– Mamo czy to prawda, że ja umrę? – zapytała.
– Tak to prawda- westchnęła mama, po czym otarła łzy dziewczynce.
– Boję się – płakała dziewczynka.
– Nie trzeba, bo kiedy uwierzysz choć w ostatniej chwili i szczerze będziesz żałować tego co zrobiłaś, to będziesz szczęśliwa- zapewniała mama.
– Jeśli życie nie ma sensu to trudno i koniec, nikt mnie nie zmusi do wierzenia w coś co nie istnieje- protestowała.
– Masz rację nikt cię nie zmusi, ale dobrze się zastanów- zachęcała mama.
– Dlaczego pozwalasz mi nie wierzyć?- pytała się Lilly.
– Nie wiem- odparła mama bez zastanowienia.
– Kocham cię mamo i Angel.
– My też cię kochamy.
– Żałuję, że nie umiem wierzyć w Boga i za wszystko żałuję – dziewczynka ocierała łzy, a jej głos słabł. Po chwili zamknęła oczy, przestała oddychać. Matka szlochała, a Angel objęła ją z całej siły, tak jak kiedyś kiedy pocieszała ją Lilly.
– „Mamo”- przypominała sobie głos Lilly.

Ten smutny moment wszystko zniszczył. Moją radość i waszą radość. Ale to nie koniec.

obraz nieboLilly otworzyła oczy, bo coś ją łaskotało. Obudziła się na zielonej łące. Z pewnością było to Niebo, bo z dala było można ujrzeć ogromny pałac. Dziewczyna pobiegła do niego. Otworzyła drzwi i… zastała tam wysokiego władcę z koroną oraz mniejszego. Ten pierwszy to Bóg, a drugi to Jezus. Obaj sprawowali władzę.

– Tylko gdzie jest ta gołębica, o której tak mówili- pomyślała. I nagle przez małą szparkę złotych, ogromnych drzwi, wleciała gołębica. Była taka biała jak mleko, a nawet bielsza. Jej małe, zgrabne i złote nóżki usiadły na ramieniu Boga i coś mu tam szeptała. Niestety nikt tego nie mógł wiedzieć prócz Boga i Jezusa.

Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi pałacowych drzwi. Jezus wstał i poszedł otworzyć. Lilly ujrzała Marię Pannę, czyli mamę Jezusa.
– Szczęść Boże- powiedziała cicho Lilly.
– Szczęść Boże- odpowiedziała równie cicho Maria z głębokim uśmiechem na twarzy.
Potem Lilly wyszła, bo chciała zwiedzić okolice i pobawić się ze zwierzętami. Gdy przechodziła siedzący ludzie, a raczej dusze inaczej się na nią patrzały. Jakoś tak, jak na obcego człowieka. Lilly jednak wtedy chowała twarz pod swoją piękną bluzę.

Nagle coś jej podpowiedziało, żeby zrobić Bogu psikusa. – Po co ludzie mieliby umierać, skoro mogą żyć wiecznie na ziemi?- pomyślała uśmiechając się pod nosem. Ten plan rozegra jutro w nocy, bo dziś będzie planowała. Poszła do swojego pięknego, skromnego, drewnianego domku by zrysować na małej kartce papieru swój własny plan. Gdy go skończyła położyła się wygodnie na podłodze, przy ciepłym, rozpalonym ogniu. Przykryła się ciepłym kocykiem i zasnęła. Rano obudził ją jakiś straszny głos mówiący „Wstawaj, plan czeka!”. Dziewczynka wstała, ubrała się w ciepłe rzeczy i poszła na dwór pobawić się z kolegami. Trwało to aż do niebieskiego wieczora.

Gdy nastał niebieski wieczór dziewczynka znalazła się w domu by się zdrzemnąć jakieś pół wieczności. Zleciało się szybko, tak wydawało się przynajmniej Lilly. Miała szczęście, bo w Niebie nikt nie stał na straży, bo nikt nie przewidywał takich ataków. Lilly spokojnie weszła na dwór Trójcy Świętej. Otworzyła drzwi do wejścia do komnaty, gdzie znajdował się czas ludzi. Lilly z wahaniem włożyła wszystkie szklane pojemniczki do dużej torby i wyszła z nimi na dużą chmurę. Zrzuciła niewidoczną dla ludzkich oczu torbę, która rozbiła się razem z czasem.

Wszystko nagle się odwróciło. Ludzie mogli się przemieszczać w czasie, teleportować się i robić wszystko co się im podobało. Ludzie przestali umierać i chorować, a magicznej torby nikt nie znajdzie i nie znalazł.

A jeśli chcecie żyć z Bogiem, to będziemy musieli trochę lat przeczekać na kolejne dziecko, które odnajdzie drogę do magicznych słojów z czasem i odda je Bogu…

Razem przez Niebieską Bramę

cropped-Scan0002.jpgDawno i jeszcze dawniej pod Morzem Czarnym istniało miasto Debigit, w którym mieszkały same podwodne stwory, w tym także syreny. I tam się rozpoczną wydarzenia.

W Debigit były trzy kryształowe kamienie i dziewięć naszyjników. Ostatni naszyjnik został stworzony przez Samachidda – złego władcę Hibbiti, który zagrażał Debigit swoją okropną mocą. By zniszczyć naszyjnik, trzeba było przepłynąć przez Niebieską Bramę złego miasta (tak niektórzy mówili na Hibbiti) i wyrzucić go w głębie oceanu – tam gdzie zjedzą go zwierzęta Orbimby,  inaczej delfino-rekiny.

Niestety droga była długa i męcząca i by ją przepłynąć trzeba było być bardzo wytrwałym. Dotychczas nikt nie odważył się przepłynąć przez bramę Hibbitu.

– Nie marzyłeś kiedyś Borku, aby zniszczyć ten naszyjnik?- zapytała Mirella, jedyna córka Trytona.
– Może tak, a może nie. Jest mi to obojętne- powiedział z powagą Borek, przyjaciel Mirelli.
– O jakiej wyprawie ty marzysz moja córeczko? Nie pozwolę ci narażać życia!- ojciec Mirelli wypowiedział to stanowczo. Tryton jako król morza i oceanu, bardzo się martwił o swoją piękną i jedyną córkę (nawet nie pozwalał jej się zbytnio oddalać).
-Ale tato!
-Żadne „ale” córeczko; do łóżka! A ty Borku przyjdź jutro- burknął Tryton (Błyskawica).
Mirella położyła się grzecznie i słuchała opowiadań o morzach. Pierwszy raz  opowiedział jej, jak walczył z Trollami z Hibbiti.
-Tato? – zapytała się syrena.
-Tak skarbie, słucham.
– Dlaczego inne syreny mogą pływać, gdzie chcą, a ja nie?
– Bo się o ciebie martwię Mirello i nie chcę cię stracić.
– Tatku nic mi się nie stanie, patrz co wczoraj znalazłam w wapiennej skale wodnej.
– Córko, wiem, że koniecznie chcesz się stąd wyrwać, ale to nie ma żadnych zalet – rzekł ojciec syreny popijając słynną morską kawę.

Kawa słynęła z małych ziarenek, które  dawały jej ten jedyny aromat. O dziwo ziarenka kawy miały smak wanilii; a z najdelikatniejszą śmietanką królewską smakowały jeszcze bardziej.

Dziewczynka zmęczyła się tymi kłótniami Podeszła do łóżka, przeciągnęła się i padła      na nie, po czym zasnęła.
Pokój Mirelli był inny niż wszystkie na ziemi. Ściany zbudowane zostały przez morskie elfy – były tak delikatne w dotyku jak szata królewska. Księżniczka, która kończyła już 15 lat, uwielbiała malować, więc na swojej ścianie malowała arcydzieła. Meble wykonała razem z elfami. Do ściany miała poprzybijane gwoździe  na których wisiała jej zbroja; wszystkie, dosłownie wszystkie, jakie zostały wymyślone w dawnych czasach, bo dziś na świecie jest ich więcej. Łóżko znajdowało się w wielkiej muszli, gdzie materac zajmował jej całą dolną powierzchnię i był wykonany z puchu, Poduszki również były wykonane z tego materiału co materac. Dobrze to już chyba koniec opisywania pokoju wróćmy do historii.

Następnego ranka księżniczka za wszelką cenę chciała się dowiedzieć, co wyłowiła z wapiennej skały i dowiedziała się tego od Borka.
– Ten naszyjnik stworzył Samachidd – wykrzyknął.
– Tak też podejrzewałam, że to ten naszyjnik- odpowiedziała syrena.
– Musimy się wyrwać Borku bez zgody mojego ojca, bo gdybym mu to powiedziała, toby się nie zgodził.
– No dobra, więc ruszamy Mirello w nieznaną nam przygodę!- zadowolił się przyszły władca Debigit.

Tak więc ruszyli bez wojsk, bez nikogo. Mieli dużo zapasów i napojów, nic więcej, nie licząc  mieczy i łuków Mirelli.  Droga stawała się uciążliwa, a naszyjnik coraz cięższy. Mirella nosiła go w sakiewce przywiązanej do paska obok miecza. Odpoczywali w jaskiniach i rozpalali ognisko. Tak, dobrze słyszycie – ognisko!!! Oczywiście wodne, syreny posiadły taki dar, bo szybko się wychładzały. Nagle zza skały wyskoczył sługa Samachidda. Nazywali go Migatem czy coś takiego, ale Scan0005mniejsza o to. Migat wyjął miecz z pokrowca, zamachnął się nim kilka razy, a potem ruszył do boju. Mirella podpłynęła do niego i uderzyła mieczem w  jego miecz, by stawić mu opór. Borek przyglądał się, jak Mirella dzielnie walczy, robi uniki i stawia opór. Mirella z trudem dała mu radę, ale udało się – teraz już Migat leżał martwy na ziemi, a Mirella miała tylko lekkie zadrapania o ciachnięcia mieczem.

Tak więc ruszyli dalej, by wyrzucić naszyjnik w głębie oceanu. Jednak wyprawa jeszcze kilka dni potrwa zanim dotrą do celu. Mirella i Borek się nie poddawali-  ruszali dalej, choć w głębi duszy byli zmęczeni i znużeni nie dali po sobie tego poznać. Pływali wzdłuż kolorowych raf koralowych i widzieli różne miejsca, gdzie jest tak pięknie i cudownie, że aż chciało się żyć. Szli chyba jeszcze z pięć dni; ich wędrówka wydawała się nie mieć końca, ale miała, bo jeszcze tylko trzy dni i będą u celu.
– Borku odpocznijmy chwilkę i zjedzmy coś- zaproponowała Mirella
– Oczywiście, że tak, ale się jeszcze prześpimy w tej jaskini, bo jest już
ciemno- wyjąkał Borek.

Ponieważ byli głodni zjedli jeszcze kanapkę Syleńską; była wspaniała! Uwierzcie mi – nikt z was nie mógłby się jej oprzeć. Była z chrupiącą szynką i serkiem Syleńskim, a ser był delikatny i rozpływał się w ustach. Potem położyli się wygodnie na spiłowanej skale, która była gładka i całkiem miękka. Następnego ranka wyruszyli do Morgortan (czyli góry). Szli całą milę i nie byli zmęczeni! Powinni się wyczerpać, a może to po wczorajszym posiłku? Pewnie najedli się tym do syta. No, ale wróćmy do opowiadania. Szli i szli no i doszli. Gdy dotarli na miejsce wybiła 12:00.
– Czas na obiad!- wykrzyknął Borek.
– Tak masz rację, zjemy coś w restauracji, co ty na to?- zapytała syrenka.
– Tak możemy pójść do tej restauracji i coś zamówić-odpowiedział grzecznie Borek.

Więc poszli i zamówili sobie dwa Syrenoburgery oraz Krabofrytki z sosem słodko-kwaśnym. Chyba im smakowało, bo aż trzęsły im się uszy. Zamówili nawet dokładkę i rzucili wymówkę, że długo nie jedli i że umrą jak czegoś nie zjedzą. Pani ekspedientka zaczęła się na nich dziwnie patrzeć. Po długim czasie Borek i Mirella wyszli z knajpy i ruszyli dalej, a gdy zapadł zmrok, nie zmrużyli oka, bo nieustannie chcieli dotrzeć do celu i zamiast spać szli dalej. Siódmego dnia dzieciaki dotarły do Planktonu; takie bogate miasto, które jest stolicą Debigit. Jest bogate i niebezpieczne, bo mieszkają tam mordercy, ale Mirella chyba da im radę. I rzeczywiście tak było. Dziś w nocy w małym pokoiku u pani Mercedes (czytaj: Merkedes) znalazł się mały troll, którego Mirella potem zabiła, bo wiecie pani Mercedes to przyjaciółka taty Mirelli. No i Mirella z Borkiem u niej dziś przenocowali, właśnie w tym pokoju gdzie znalazł się troll. Następnego poranka zjedli śniadanie i ruszyli dalej.
– Mirello, czyżby to…- zapytał Borek
– Tak to robi wielkie wrażenie- wyszeptała syrenka.

Dzieci ujrzały piękną panoramę morza, a naprzeciwko nich stał ogromny wulkan. Można było dostrzec ślady po krętych rzekach law, które spływały tu 100 lat temu. To wszystko stawało się nieprawdopodobne. Przyjaciele zauroczeni pięknym widokiem całkiem zapomnieli o przygodzie. Nagle usłyszeli z oddali jakiś nienawistny głos.
– To Samachidd!- wykrzyknęła dziewczynka.
-Uciekaj Borku, trzymaj to naszyjnik, biegnij i wrzuć go w głębiny.

W tym czasie Mirella rzucała zaklęcie na Samachidda. W końcu się jej udało. Borek był o godzinę prędzej niż Mirella, dlatego syrenka machnęła swoim ogonem i ruszyła. Ogon dalej pracował, dziewczynka płynęła szybciej niż samochód.
–Mirello!- dziewczynka usłyszała głos Borka –Już jestem bardzo blisko, zaraz cię dogonię- odkrzyknęła syrenka. Dzieciaki już nie mogły doczekać się spotkania. Ucieszyli się bardzo, było widać ich uśmiechy na twarzy. Nareszcie dziewczynka wpadła w objęcia Borka. Tak się wyściskali, że  nie mogli przestać.
– Borku droga czeka, musimy iść.
– Przecież idę- zdenerwował się Borek. Chłopczyk i dziewczynka byli już blisko celu, lecz przeszkody stawiały coraz cięższy opór. Mirella i Borek jednak nigdy się nie poddali. Walczyli choćby nie wiem co. Nie mogli się poddać, bo wiedzieli, że gdy tego nie zrobią ich rasa wyginie. Czasem żałowali, że w ogóle tu są, ale Mirella sobie przypominała głos taty , który mówił: „ Wierzę ci, ale nie możesz się poddawać i przestawać wierzyć, bo tylko wiara nas wzmocni”. Każde słowo ojca siedziało jej w głowie i przypominało za każdym razem, że nie można się poddawać.
–Dziś tylko jedno wiem, że to wszystko się dzieje, bo to ma sens – wygłosiła Mirella. Przyjaciele popłynęli dalej i walczyli za wszystko, za siebie i za innych.
-Mirello! Naszyjnik, on się świeci- krzyknął chłopiec.
– Już czas, by go zniszczyć. Moc twoja Samachiddzie słabnie.- głosiła syrena. Podpłynęli do głębokiego bajorka i wrzucili naszyjnik. Nic się nie działo, cisza.
–Tyle trudu na nic- załamała się Mirella. Jednak Borek coś słyszał. Pękającą ziemię pod bajorem. Małe oczko wodne zaczęło się zapadać pod ziemię. Wulkan bez oznak wybuchu zaczął rzucać na boki lawą. Wszystko w Hibbiti zaczęło się niszczyć. Ludzie zaczęli uciekać. Tylko Borek i Mirella zostali na dużym koralowcu. Leżeli razem, z czarnymi twarzyczkami od smoły i kurzu. Leżeli myśląc, że niema już na nich ratunku. Rozmyślali o ostatnich swoich chwilach. Zamknęli oczy, bo stracili przytomność. W tym czasie Tryton już leciał Morskimorłem, by ocalić im życie.

Dzieci obudziły się w swoich łóżkach. Po tak długich przygodach byli wykończeni.
-Mirello wstawaj- budzi ją ojciec. Mirella dziś miała zostać królową i poślubić Borka. Ponieważ nie wiem czy wiecie, ale Mirella przez ten cały czas miała 18 lat i dziś kończy 19 lat, a wtedy dziedziczy się władzę po ojcu.
–Dziś uroczysta koronacja, zbierajcie się ze wszystkich krajów!- krzyczał tryumf ( czyli inaczej sługa królewski, który rozgłasza na cztery strony świata widomości).

Syrenka dostała berło i ojciec mianował ją królową tego kraju. Włożył jej koronę i ucałował w czoło. Teraz zaczynała się ceremonia ślubu, przysięga, zawarcie małżeństwa i wypowiedź królowej, która bardzo chciała udowodnić ludziom, że życie ma sens.
–Słuchajcie moi poddani- mówiła Mirella – dziś, jutro i później nie przestawajcie wierzyć. Cieszcie się każdą chwilą życia, bo ja coś dziś z tego mam. Wy też będziecie coś otrzymywali od losu, zło czy dobro, ale nigdy nie przestawajcie wierzyć. Bo wiara może nas ocalić- dokończyła królowa. Piękne słowa rozbrzmiewały na całej sali balowej. Wszystko zaczęło nabiera sensu. Dziś, już tylko jest to legenda, ale ja wiem, że to było naprawdę, mówię to ja Mirella, we własnej osobie.

Nawiedzony las

Działo się to 100 lat temu. Jakieś 1,5m od pewnego domu wyrósł las. Korony drzew już dawno zmieniły swój kształt, a kory spróchniały. Tylko jedyna rzecz się nie zmieniła: wiejący wiatr z zachodu. Wieje tylko, gdy wchodzę do niego(nawet, gdy za nim jest upał i nie czuć wiatru). I jeszcze nikt nie umie odkryć jego tajemnicy.

– Grace Marlish- zawołała opiekunka Grace- Pani Steward.
Nikt nie odpowiadał.
– Grace Marlish- krzyknęła Pani Steward.
Cisza. Pani Steward weszła na górę i złapała za klamkę pokoju Grace. Drzwi były zamknięte na klucz.
– Grace otwieraj- zdenerwowała się Pani Steward i szarpała za klamkę. Jednak nikogo w środku niebyło. Grace była jedynaczką o czarnych, długich jak heban włosach i sinych ustach, miała twarz białą jak śnieg.
– Dzwonię do mamy- postanowiła Pani Steward.

Matką Grace była Merry Marlish. Urodą bardzo się różniły.  Merry miała śnieżne włosy sięgające do łokci, delikatne jak aksamit dłonie, a cera wyróżniała się lekką opalenizną. Ale Merry i Grace miały charakter identyczny. Mama Grace w młodości lubiła znikać tak jak nasza Grace, lubiła także ciasta śliwkowe swojej mamy, a Grace też uwielbiała jeść ciasto śliwkowe Merry.

Merry również nie wiedziała gdzie jest Grace. Nagle po ogromnym domu rozległ się odgłos dzwonka i walenia w drzwi. Pani Steward zeszła na dół i otworzyła je. Zobaczyła Grace ze swoim rannym kolegą. Noga strasznie mu krwawiła. Widać było ślady czegoś ostrego. Grace szybko podniosła Victora i przeniosła go na krzesło w jadalni. Pani Steward spanikowała i zaczęła krzyczeć wniebogłosy.

– Uspokój się- krzyknęła Grace na Panią Steward.
– Co wyście robili o północy na wsi- zapytała Pani Steward.
– Szukaliśmy psa Victora- odpowiedziała Grace.
– Potem się zgubiliśmy i Victora ugryzł pies. Długo błądziliśmy, aż w końcu znaleźliśmy się tutaj- opowiadała dziewczynka.  Jednak to niebyła prawda Victorowi coś innego się przytrafiło, ale o tym dowiecie się później.
– Niech pani pomoże i poda ocet- rozkazała Grace.

Pani Steward poleciała po ocet i oddała go Grace. Dziewczynka nalała troszeczkę na watę i obmyła ranę Victora. Chłopak jęczał i stękał.
– Chcesz z tym zostać do jutra, czy nie?- krzyknęła Grace na Victora.
– Nie- odpowiedział Victor.

Victor chodzi z Grace do klasy 3B gim. Jest bardzo przystojny i koleżeński. Ma krótkie, ciemne  włosy. Grzywka zaś opada mu na oczy – jego piękne i głębokie oczy. Grace mogłaby się w nim zakochać, ale nie miała na to czasu. Musiała zajmować się innymi ważniejszymi sprawami od Victora. – Nie to dlaczego… i nagle przeszkodził Grace dzwonek do drzwi. Opiekunka podeszła do nich i przekręciła klamkę. Postać z czarnym kapturem wtargnęła do domu.

– Mamo- zawołała dziewczynka.

Kobieta zdjęła kaptur z głowy i podbiegła do Grace. To była Merry. Jakże one się ucieszyły z tej wizyty, aż obie skakały z radości.  – A co stało się twojemu przyjacielowi?- zapytała matka. Grace była teraz zmuszona powiedzieć prawdę. –Mamo usiądź-zaproponowała. Musisz nam uwierzyć i bez względu na wszystko nikomu nie powiesz. Merry zgodziła się ze słowami Grace, a ta zaczęła opowiadać. Wczoraj rano, pamiętasz, nie? Jak ci mówiłam, że idę do szkoły to nie poszłam. Wtedy z Victorem poszliśmy do tego lasu obok nas i szliśmy dalej.  To wszystko co teraz mówię działo się wczoraj, naprawdę.
– Grace- zawołał wtedy Victor.
– Tak, co?
– Chodź to zobacz – zaproponował chłopiec.

Grace podeszła do Victora. – Tu coś jest- powiedziała. Grace zaczęła kopać, aż dokopała się do czegoś twardego i drewnianego. To z pewnością była trumna. Dziewczynka ją zaczęła powoli otwierać i wahała się czy na pewno ją otworzyć. –Przecież nie mogę pokazać Victorowi, że się boje- pomyślała. Wtedy górna część trumny opadła na ziemię. Nikogo tam nie było. Grace pobiegła dalej i potknęła się o coś kościstego. Odwróciła się złapała, rękę Victora, spojrzała w dół. Leżał tam kościotrup. Victor próbował zasłonić Grace oczy, ale ona za każdym razem ściągała ją z twarzy. Chłopiec wyjął sztylet z pokrowca i przewrócił szkielet na drugą stronę. Przypadkowo go obudził. Kościotrup widocznie był poddawany różnym eksperymentom kiedy jeszcze nie był kościotrupem. Widać było dziurę po wywierconym oku, a drugie zwisało na żyłce. Ręce były połamane i w dodatku strasznie od niego śmierdziało. Nazywał się Trein. Wtedy Grace i Victor zaczęli uciekać. Trein wydawał dziwne odgłosy i te odgłosy przywoływały duchy. Dusze zaczęły gonić Grace i Victora. Mieli duże noże, którymi wymachiwali i teraz się chyba domyślacie skąd ta rana u Victora. Gonili się tak dobre dwadzieścia minut, do puki Victor nie znalazł schronienia. Wyciągnął dłoń i wciągnął ją do drzewa. W drzewie była ogromna dziupla więc się tam zmieścili. Spadali długo i w końcu Scan0004wylądowali na ogromnej pajęczynie. Grace złapała dłoń Victora, a przynajmniej tak myślała. –Victor czy to ty- zapytała Grace. – Nie-odpowiedział ktoś z ciemności. Dziewczynka wyciągnęła sztylet i odwróciła głowę w stronę z której dobiegają odgłosy. – Cześć, ja nic wam nie zrobić- odpowiedział pewien duszek. –Nazywam się Puszek, bo rymować się z duszek i duch też być taki jak puch- powiedział Puszek. – Victor- zawołała Grace. Tu jestem! Victor wyszedł z dziury, która była obok Puszka. –On opatrzył moją ranę, możesz mu zaufać-opowiedział Victor. –Dziękuje Puszku- dziewczynka pogłaskała go po główce. –Chodźcie ja tajne wyjście znać- mówił Puszek. Grace wzięła Victora pod pachę i szła dalej. Szli przez ciemne korytarze i groty, ale wierzyli Puszkowi. – Teraz można położyć spać-powiedział Puszuś, położyli się o 9.00. Grace rozpaliła ognisko i ściągnęła kurtkę podłożyła ją pod głowę, a swoją chustą okryła ciało. Victor zrobił to samo. Duszek zaś czuwał. –Grace, Grace, Grace- budził ją duch. –Już wstaję- powiedział dziewczynka. Była godz. 16.00.  Victor już dawno był na nogach. Przygotował przekąskę. Widział jak Grace się zajadała i musiał jej przerwać, bo prawie by zjadła kamienie.  Poszli dalej.
-Grace być odważna- mówił puszek.
– Dziękuje, ale ja nic takiego nie zrobiłam- powiedziała
Grace była zdziwiona. – To być wyjście, musi trzymać się razem- krzyknął Puszek i zniknął.
-Która godzina?- spytał Victor
-23:30 – Zdążymy do mojego domu, żeby cię opatrzyć-zdecydowała. -Widzisz mamo to wszystko prawda- odezwała się Grace. –Dziecko mam dosyć twoich kłamstw marsz do łóżka- krzyczała Merry. –A do twoich rodziców zadzwonię, że zostajesz tu na noc- zwróciła się do chłopca z podniesionym głosem. Następnego ranka Grace i Victor poszli do szkoły. Spotkali się z przyjaciółmi, no i z dyrektorem w gabinecie. –Słucham, opowiadajcie- mówił surowo dyrektor, ale oni milczeli. –Nie macie nic do powiedzenia- krzyczał. Oni tylko pokręcili głową. –Jeśli jeszcze raz… -Przepraszamy- przerwali Grace i Victor. –No już dobrze, dobrze- odpuścił dyrektor. –Ale jeśli jeszcze raz mi…- Tak, do widzenia- wybiegli z gabinetu.

Grace i Victor dostali szlaban, ale i  tak w  weekendy wychodzili na spotkania z Puszkiem. Bo  czasem warto coś przeskrobać niż opuścić najlepszą przygodę życia.

Lola